niedziela, 24 sierpnia 2014

Oczekiwanie


Tym jednym słowem mogę podsumować tegoroczny wyjazd do Burkina Faso. Bo w rzeczywistości tak wyglądał. Cały. Od początku do końca. Oczekiwanie. Dlaczego?
Afryka, jak zwykle powitała nas gorącem i upałem. Pomimo tego, że był późny wieczór, na lotnisku w Ouaga przywitało nas upalne, mokre powietrze, które automatycznie wyssało ze mnie tlen i wszelką energię... Odprawa upłynęła nadzwyczaj spokojnie. Na lotnisku zainstalowano czytniki linii papilarnych, co zdecydowanie wydłużyło czas odprawy. Nie każdy wiedział co zrobić, jak... Trzeba było swoje w kolejce odstać. Śpieszyło mi się, bo wiedziałam, że nasz bagaż krąży gdzieś na taśmie... pod czujnym okiem celników... Bagaże pojawiały się kolejno - po jednym, nigdy dwa na raz. A więc znowu stoimy i czekamy. W Monachium nadaliśmy ich sześć. Do Ouaga doleciało tylko 5. Większość naszego bagażu stanowiły dary dla mieszkańców Pobe Mengao. Tylko część z nich stanowiły nasze osobiste rzeczy. Jaki bagaż nie doleciał? Ten, w który zapakowałam moje rzeczy osobiste :) 
Rondo w stolicy
Po 1,5 dnia bagaż dojechał na miejsce. Na całe szczęście - mogliśmy ruszyć do Pobe! Postanowiliśmy, że ze względu na porę deszczową wyjedziemy wcześnie, o 6.00 rano. Podjęliśmy dobrą decyzję, bo okazało się, że nasz autobus zepsuł się po drodze. Dwugodzinne czekanie spędziliśmy na zastanawianiu się, czy i kiedy autobus zostanie naprawiony, czy zdążymy na przesiadkę w Ouaighuiya? Przyjechaliśmy do miejscowości pół godziny po odjeździe autobusu. Wydawało się, że kolejne sześć godzin spędzimy w błocie, czekając na kolejny autobus. Jednak - jest nadzieja. Jeden ze sprzedawców biletów dzwoni do kierowcy i okazuje się, że z powodu bariery deszczowej autobus stoi jakieś 15 min od przystanku (bariera deszczowa to zamknięcie drogi, która na jakiś czas jest nieprzejezdna z powodu deszczu. Kiedy słońce osuszy drogę, zostaje ponownie otwarta dla ruchu samochodowego). Pakujemy się zatem do samochodu uczynnego sprzedawcy i jedziemy. Na miejscu wita nas widok, który będzie stałym elementem tego wyjazdu: na poboczu drogi, na polach siedzą ludzie - pasażerowie autobusu. Siedzą, jedzą coś, przeważnie nie rozmawiają. Czekają. Nikt za bardzo się nie denerwuje, kiedy stoimy-siedzimy wraz z nimi przez kolejne dwie godziny. Nagle dostajemy informację: można jechać. Wszyscy pakujemy się do autobusu. Siedzę koło afrykańskiej kobiety z dzieckiem na kolanach. Mała nie boi się mnie, ale ani ona, ani jej mama nie mówią po francusku. Tuż za mną w metalowej misce podróżują dwie kury. Przykryte firanką, by nie uciekły. Czasami właściciel wlewa do miski trochę wody, by się napiły. Potem przytrzymując firankę, wylewa resztę wody za okno, trzymając miskę do góry dnem. Kury szamocą się i wcale nie dziwię się, że są obrażone za to, jak się je traktuje. Po przyjeździe na miejsce czekamy, by dostać się na nocleg. Nie wiadomo, kto ma klucze i dlaczego nie ma ich na miejscu. Po jakimś czasie sytuacja zostaje opanowana i pojedynczo, z bagażami udajemy się na nocleg na motorze. Niestety na wygody trzeba poczekać. Dzisiaj jako prysznic posłuży nam wiaderko z wodą, nie mamy dostępu do ognia, by coś sobie ugotować. Dobrze, że wszystko co potrzebne do spania jest na miejscu (moskitiery i śpiwór). Zasypiam modląc się, by dzisiaj w nocy nie padało, ponieważ nie mamy gdzie schować bagażu ani schronić się podczas burzy. Budzę się kilka razy w nocy, sprawdzając czy nie pada. Zasypiam niespokojnym snem, gwałtownie przerwanym o 4 rano. To w niedalekim meczecie wzywają do modlitwy. Zapomniałam, że właśnie trwa Ramadan...

Moskitiery pod którymi spaliśmy w trakcie pobytu w Burkina. Kogut pilnuje moskitiery Artura i Grześka :)

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza